Proza życia
PERŁA I DIAMENT
Leżała perła na dnie oceanu zamknięta w swej muszli marzeń. Zakopana w mule życia myślała że tak być musi. , nie widząc wielokolorów, światła i form, nie czując nic z oceanicznego dna.
Diamencie, Ty rozkruszyłeś skorupę, wprowadziłeś do krainy piękna i tęsknot . Ty tak nieoszlifowany oddałeś połowę duszy zabierając całą jej . Dlaczego?
Na sekundę życia wprowadziłeś do krainy oceanicznej baśni, pozwoliłeś perlić i rumienić się do czerwoności wręcz, uwodząc swym niebiesko-zielonym pięknem. Przecież nie chciałeś igrać zeń. Za dostojnyś na to Diamencie .
Widziałeś nie raz jej perliste łzy. Wiedziałeś że to z czerwonej, utęsknione, umęczonej duszy jej?
…..
Dziś jak dwa samotne księżyce płyniecie na oceanicznej fali wspomnień.
OSOBNO A RAZEM, RAZEM A OSOBNO.
WALKA
WALCZYŁAM JAK LWICA, GDY NADSZEDŁ CZAS ZAWALCZYĆ O MNIE …
Tylko wiatr pustynny chciał rozmawiać
Idę przez pustynię, nogi grzęzną w rozgrzanej lawie, w płucach powietrza brak. Wszędzie fata morgana. W każdym ziarenku piasku, w każdym łyku powietrza, w każdej kropli mego potu, w cichutkim biciu serca, w każdej rozświetlonej i mrocznej nocy
też , WSZĘDZIE .
A w głowie tylko jedno, uporczywe, powtarzane winnebezwinne me słowo….
PRZEPRASZAM, PRZEPRASZAM, PRZEPRASZAM!!!…
MOJA WINA, MOJA WINA, MOJA BARDZO WIELKA WINA
………………
Powidziałeś, że czasami kąsasz.
Strasznie dużo znaków na mym ciele, ale nie martw się – złagodnieją, nie będzie blizn. W ich miejscu, utkane z mgły, pojawią się rozświetlone, magiczne gwiazdy, a w każdej z nich perła lub diament.
Perła moja, diament Twój.
NOCĄ
Przyszedł o trzeciej nad ranem. Zapukał cichutko, uchylił drzwi. Purpurowy księżyc oświetlał mu drogę. Jego oczy błyszczały nagą prawdą. Spojrzenie wbił w moją twarz. Trochę zaspaną, lecz świadomą.
Stał długo, w milczeniu, zapamiętaniu, niemej rozmowie. Czułam jak Jego bezgłośne słowa przenikają moją głowę, ciało, wszystkie zmysły.
Milczałam. Milczałam i pragnęłam by choć o jeden krok bliżej, o jeden ruch dłoni, o jeden ciepły dotyk,o jedno muśnięcie wargi.
Chwila wydawała się wiecznością, ale naszą, tylko naszą. Jedyną. Wewnętrzne szepty miłości, namiętności i pragnień unosiły się nad nami.
W jednej chwili podszedł, wsunął delikatnie obok mnie, wtulił w me rozgrzane, nocne ciało, objął mocno swym bezpiecznym ramieniem.
Drżałam w uniesieniu. Moja łza spełnienia spłynęła na jego pierś. Rzekł; ciiiiiiii, śpij Kochanie, śnij.
I tak trwaliśmy w bezruchu, jedności ciała, myśli i duszy. W cieple, w ciszy.
Do prawdy, do wiary w siebie, do nadziei, do szczęścia.
SŁONECZNOZŁOTOJESIENNA
Wydawałoby się ze lato, a to jesień, jesień bracie już. Kocham jego powietrze, unoszącą się woń lasu , pól, łąk. I… niestrudzony pająk na tarasie porannie snujący swą drogę w kroplach rosy.
Otwieram szeroko na wszystko oczy, jak bym uczyła się na nowo, jak bym stawiała pierwsze kroki życia.
Śmiejesz się. Mówisz że to żart, że to nie możliwe? Że za dorosła na to. Nie, nigdy nie wiemy czy jesteśmy na coś za młodzi, czy za dorośli. Ważne ze tak czujemy, że napawamy się chwila, stanem, myślą, prawie extazą.
Pomienie słońca tańczą na mym lustrze, widzę jakieś twarze, chyba bliskie. Uśmiechają się, są łagodne, oczy me stykają się z ich oczami. Patrzymy, patrzymy i … tak wiele sobie opowiadamy. Bo gdy usta milczą…
Oddycham głęboko, spokojnie. Powietrze otula mnie od środku. Ciało-chłodne, dusza-gorąca. Lubię ten stan. Mogę przecież otulić się sobą, pled nie jest potrzebny.
I ta muzyka gładkiego ciała, trochę okaleczonego życiem, ale przyjemnie chłodnego. Bynajmniej się nie poparzę, nie będzie blizn.
Myśli snują się spokojnie, jak w letargu, lecz nie przyćmione, nie namazane wspomnieniem, żalem, nie. Lekkie, prawie dziewczęce, wolne. Za chwile zawiąże kokardy i zagram w klasy lub w berka. Albo nie, pójdę na randkę z wiatrem, mgłą i z Tobą słońce. Zawstydzę się gdy wiatr skradnie mi niewinny pocałunek. Będę śmiała się szczerze i głośno, tak jak kiedyś…
I na koniec, całkiem wolna wyruszę przed siebie po… życie, po szczęście, po spełnienie.
OTULONA ŹDŹBŁAMI TRAW
Leżała na wznak, otulona tylko źdźbłami traw i swym gibkim ciałem. Opuszkami palców głaskała delikatny płatek z czerwonego maku. Co chwile zamykała go całego w dłoniach, by uchronić od nieprzyjaznego wiatru. Wiedziała że jest płochliwy, trochę zraniony i jeszcze tak nierozkwitły. Czuła jak łatwo go nadal okaleczyć, zniszczyć. Podziwiała jego piękno rozkoszując się subtelnością stanu.
Nie mogło w to uwierzyć, że dotknęła, że czuje, ze jest tak blisko.
Z jednej strony, tak bardzo bardzo nie chciała spłoszyć chwili, a z drugiej… pragnęła aby zamieniła się w wiecznoKoiła wszystkie zmysły. Czuła najdelikatniejszy jego ruch, każdy skurcz…
Chyba miło, ciepło, może nawet wyjątkowo,
JEDYNIE.
…………
Przebudziła się. Poczuła wszechobecny chłód. Usiadła na krześle, wzięła łyk wczorajszej kawy, skuliła się w sobie jak mała, bezradna dziewczynka, by po chwili szybko znów wydorośleć. Podeszła do okna. Oczy sięgały gdzieś daleko, aż za horyzont milczenia. Tam gdzie pełnia szczęścia, z głębokim spojrzeniem, czułym słowem, ciepłem ciał rozgrzanych do granic nieskończoności, nektarem życia i spełnienia.
Czym, czym zawiniła? Klątwa to czy kara.
Ubrała czerwone rajstopy, założyła kolejną maskę życia i
WYSZŁA….
JEST CZWARTA NAD RANEM
czas snu…relaksu…odpoczynku.Czas kiedy miliony ludzkich myśli się wycisza, uspokaja,… może nawet hibernuje.
A może wręcz odradza???
a Moje?
Dziś… w drodze, tak jak i teatr w drodze.
Przyszedł mi na myśl Frasobliwy, który zaiste też był w ciągłej podróży,
Dźwigał swój- nasz mentalny krzyż, ale i przysiadał, by zebrać myśli, by odpocząć, nabrać sił.
Podparty na łokciu wypraszał dla nas łaski.
Ale się nie poddawał. Potem zbierał się… szedł…A drogi były różne, wcale nie usłane różami,
ale cierpieniem, grzechami, naszymi błędami i upadkami.
A On? Cierpliwie podnosił, pomagał… i nadal pomaga przetrwać .
A drogi? Mimo że często tak bardzo wyboiste… wiodą, wiodą NAS.
CZERPAĆ WODĘ ZE ŹRÓDŁĄ ŻYCIA
Tej właśnie nocy, w natłoku wcześniejszych zdarzeń i myśli, wybiegałam jak oszalała nad jezioro. Księżyc kąpiąc się weń, rozmawiał jednocześnie ze mną. Ciepły wiatr otulał mą twarz. Myśli galopowały.
Rozpięłam bluzkę, zsunęłm sandały. Zanurzyłam bose nogi w wodzie. Chłód rozchodzący się po mym
ciele nie przerażał.
Powolnymi ruchami rozpoczęłąm zmywać swe ciało…. Z czego?
Z…samotności…tęsknoty….,pogardy i poniżenia.
…
Wróciłam, napisałam list, położyłam na biurko i…
Chyba wyrwałam, wyrwałam się ze szponów bezsilności.
Dziś? Ucze się żyć na nowo. Czerpać inną wodę z innego źródła.
A w moim teatrze życia…podróż, w miejsce gdzie łatwiej będzie pozbierać myśli,
by znów nauczyć się tańczyć na dachu rozgrzanym słońcem.
W ŻÓŁTYCH PŁOMIENIACH LIŚCI
Och JESIENI….złota, purpurowa, otulająca mgiełką tajemnicy cały ten świat po horyzont milczenia
Och JESIENI…magiczna, na wpołu niewinna, na wpołu spełniona jak dojrzała kobieta
BĄDŹ MI ŁASKAWA…daj mi sycić się Tobą jak najbardziej zmysłowym kochankiem
Pozwól mi spocząć , jak innymi laty pozwalałaś, na pięknym łonie Melpomeny
Pozwól rozkoszować się myślą, słowem, obrazem i dźwiękiem.
A ja? W zamian? Oddam Ci owoc mego spełnienia.
Jak na ołtarzu ułożę
Swą dusze… ciało….SIEBIE CAŁA.
SWOJE THEATRUM
Theatrum życia, pragnienia, miłości i cierpienia
LISTOPADOWE RESUME
Zachowane obrazy, zatrzymane zapachy, utkane wspomnienia,…myśli..
Dlaczego, dlaczego tak mocno drążą jaźń.
Panoszą się jak najbardziej wyrafinowane dzieło szatana.
Dlaczego nie pozwalają do końca iść do przodu…przed siebie.
Czy to urodzenie pod taką gwiazdą? A może taka psyche?…A może zniewolenie???
BO TEATR RODZI SIĘ Z
pragnień…tęsknoty…miłości…nienawiści…tragediii….bólu i cierpienia
Listopadowy czas rodzi tak we mnie wiele, wiele. Dlaczego? Nie, nie ma to nic wspólnego z przemijaniem, chyba bardziej z…, długimi wieczorami, z ciepłem wewnętrznym, z samą sobą- czytaj samotnością.
Jest po prostu tym co moja dusza i mój wewnętrzny teatr kochają najbardziej. Jest tą nieokreśloną
tajemnicą, magią, extazą, odlotem wrażeniowym, estetycznym.
Jest też MYŚLĄ… a może zwłaszcza MYŚLĄ, która krąży w tak różne miejsca i pozwala mi kontaktować się z bliskimi ludźmi.
I nie jestem wizjonerką. Bo sama tak bardzo, bardzo nie wiem co mnie za chwile będzie czekało.
Ale czuje, czuje dobrą i złą energię różnych ludzi….. I jest mi z tym… BARDZO TRUDNO
Ale ŻYJE i…tworze…tworze…tworze
W POSZUKIWANIU DOBREJ STRONY
Jak dobrze jest móc ładować akumulatory. Jak dobrze czuć zapach desek scenicznych,
reflektorów. Oddawać swą energie, dusze, zmysły, ba, nawet swe ciało teatrowi.
Żyć nim, napawać się, fascynować.
Ale czy to może wystarczyć do życia? Pełnego życia?
Każdy potrzebuje bliskiej osoby. KAŻDY. Bez względu na płeć, wiek, stan zdrowia.
A jeśli każdy to też i pisząca te słowa. Niby spełniona, niby kobieta europejska,niby twórcza,
niby oryginalna, niby silna, niby…niby…niby.
Ale czasami tak bardzo chciałaby być małą, bezbronną kobietką, którą KTOŚ by sie opiekował,
o którą KTOŚ by sie troszczył, którą by przytulił, podał śniadanie do łóżka.
Taki zwyczajny KTOŚ i tak ważny w życiu KTOŚ.
Ale przecież ma COŚ czego inni mogą Jej pozazdrościć: twórczą głowę, ukochaną scenę,
ponadczasową wielką przyjaźń, wieczną młodzieńczość w duszy i życiu, wiare w dobre jutro
Czyz więc to nie jest dobra, nawet bardzo dobra strona życia? JEST! JEST! JEST!
A GDY UPADŁY ANIOŁ UMIERA
Po drodze pełnej tajemnic idzie anioł. Niby piękny, niby pełen wiary , niby z głową pełną nieskończoności- NIBY, NIBY… ale jakiś taki… cichy, zamknięty, a w oczach tylko żal i tęsknota
Idzie powoli, jakby tchu mu brakowało, idzie – jakby szukał sensu w swych myślach.
A po policzkach, jedna za drugą, spływają łzy niczym diamentowe girlandy.
Dokąd tak zmierza? SAM NIE WIE.
Bo gdzie tu iść, gdy wiary brak, bo gdzie iść , gdy w duszy ciemność.
A w ręku? Trzy kryształy.
Pierwszy całkiem już zaśniedziały, chyba nieczytelny, ale z odrobiną blasku, z twarzą dziecięcych uśmiechów. Drugi niby jeszcze błyszczy, ale podziurawiony jak sito nicością brudnego świata, z maską błazna na licu, a ten trzeci…oślepia swym blaskiem ale i paraliżuje na samo spojrzenie. To jego właśnie anioł szczególnie mocno ściska w drżącej z doświadczeń dłoni, by nie upuścić, by nie zgubić, by nie stracić…
Nogi pomału odmawiają posłuszeństwa, suną jak stary, zardzewiały pług po bezpłodnej, wyjałowionej ziemi
I STAJE SIĘ.
Anioł upada bezsilnie, kajając się w sobie jak bezwstydna ladacznica.
Ostatkiem sił wznosi do góry zaciśnięte dłonie .
Do kogo? TYLKO ON SAM WIE.. i woła
WSKAŻ DROGĘ ALBO ZABIJ!!!



